Ziemia wszystko wyciągnie…

Gdy minęło ponad 50 lat z życia Tadzia, postanowił rzucić kochającą żonę, syna, dom, aby ruszyć na podbój Ameryki. Wylądował w Detroit. Natychmiast wkręcił go wir pracy. O Polsce przestał myśleć, wszystko za sobą zostawił. Wszystko co miał. Począł życie nowe amerykańskie.

Mijały lata. Żona zapomniała, ale syn nie. Prosił ojca o powrót. Latał do niego. Bilety lotnicze na powrót kupował. Wszystko na nic. Tylko straty materialne oraz problematyczne zwiedzanie upadłego Detroit.

Tadziu rozwinął nowe przyjaźnie. Urządził domek. Nocną pracę sprzątacza w supermarkecie wykonywał sumiennie, ale i flaszkę codzienną przytulał do snu podczas jasności dnia, a ona go nadgryzła. Systematyczne obcowanie z okowitą doprowadziło go do upadku.

Wylądował w amerykańskim szpitalu. Cukrzycowa stopa została odjęta, amputowana. Koniec amerykańskiego snu, a ratunek jedyny mógł nadejść tylko z Polski. Syn.

Poleciał po niego natychmiast. Tadziu świeżo po operacji, jeszcze zamroczony. Odstawiony na lotnisko na wózku inwalidzkim. Syn zmartwiony, przejęty przyszłością. Cóż ona przyniesie…?

Amerykański sen Tadzia zakończył się, by w domu polskim rodzinnym, ponownie żyć. Żona ze łzami w oczach. Już się nie kłócą, ale i też specjalnie nie rozmawiają ze sobą. Pozostała im tylko zwykła codzienność. Przebywanie razem oraz wspomnienia minionych lat.

W jesienne wieczory telewizor. Koc na nogach. Jego pojazd codzienny, to wózek.

– Tatuś może w końcu poszedłbyś na spacer. Zobacz jak miły i ciepły wieczór. Chodź proszę razem ze mną, przejdziemy się, pogadamy – czekam na śmierć – wycedził wkurzony Tadziu siedząc wygodnie w tym przymusowym pojeździe o napędzie ręcznym. Nie żali się nikomu. Nie narzeka na swój los. Zresztą, kto chciałby go teraz słuchać. Przegrał. Ameryki nie zdobył. Poległ, a ona mu jeszcze prawie całą nogę zabrała. Prawie jak na wojnie. Inwalidą wrócił.

Całymi dniami bezmyślnie telewizyjne obrazy przerzuca. Gazety czyta. Ostatnio coraz rzadziej. Zamyka się w sobie. On. Kiedyś pełen życia. Dusza towarzystwa.

– Tatuś proszę Ciebie już kilka dni, bierz lekarstwa, kaszlesz, chrypisz, smarkasz, zarazisz nas tutaj wszystkich – wyraźnie zmartwiony Syn prosił ojca o zrozumienie. On, życiem przygnieciony, przegrany, na wózku, myślami błądzi wokoło, nie ma już prawie nadziei. Tli się wspomnienie. Smak dobrego piwa. Zapach kobiety. Prędkość samochodu. Świeże poranne truskawki z własnego ogródka prosto do ręki. 

– Żadnych lekarstw nie wezmę już do ust, zresztą ziemia wszystko wyciągnie – na utyskiwania, że kaszle, że zarazi, tylko jedną miał obronę, brak chęci do życia. Jeszcze przekręcił kółkiem wózka, podniósł głowę w stronę syna i już zamilkł. Cisza stała się lekarstwem.

Ziemia wszystko wyciągnie i to z każdego z nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *