Szpital. Trzy bolesne historie.

…metafora krwi…

***

Maks czuł się coraz gorzej. Jeżdżenie rowerem powoli przechodziło w zmęczenie. Gdy już prawie nie mógł wejść na drugie piętro, przestraszył się na dobre. Rutynowe badania krwi wykazały stan zapalny. Powrót dawnej choroby stawów, ale do tego jeszcze doszedł guz, wielkości dużego orzecha laskowego, okrągły, twardy, wyczuwalny palcami. Wyrósł na przyusznej śliniance.

Dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Biopsja. Diagnoza. Operacja. Chirurgiczne cięcie twarzy i szyi, obok nerwu trójdzielnego. Zaraz po wybudzeniu czuł się dramatycznie źle. Nieustanne torsje potęgowane wrażeniem jakoby wcześniej napił się benzyny, bandaże wokoło całej głowy oraz prawie brak możliwości ruchu nastroiły go cmentarnie. Żył, ale bez wiary.

Zawsze goiło się na nim jak na psie. Chociażby wtedy, gdy w bójce dostał nożem po plecach i nawet o tym nie wiedział, a obficie krwawiąca rana nadawała się do szycia lub wtedy, gdy przyjął w knajpie na swój baniak metalowy stołek, potem parę szwów i dni w domu. Zagojone bez szwanku.

Po wycięciu całej ślinianki podobnie. Dwa tygodnie i po temacie. Ostatnia wizyta w szpitalu. Zdjęcie tych cholernych szwów, a miał ich ponad dwadzieścia i wyglądał jak Frankenstein. Usiadł na kozetce z cierpiącą miną i patrzył głęboko w oczy prześlicznej pielęgniarce. Wewnętrznie bardzo użalał się nad sobą. Myślał tylko o tym, jak bardzo pokrzywdzony jest przez los. Pięlęgniarka wyczuła jego napięcia i była niezmiernie delikatna.

– Czy boli pana, jak odcinam żyłki – zapytała tym aksamitnym głosem.
– Boli. Głowa boli. Serce boli. I dusza boli – chciał być poetycki, szukał litości, no i te piersi, niesamowite, okrągłe, ledwo widoczne za stanika, ale przez to jeszcze bardziej magnetyczne.

Po chwili do gabinetu weszło dziecko, miało może cztery latka. Z takim samymi szwami do zdjęcia, tylko że z dwóch stron niewinnej dziecięcej twarzyczki. W jednej chwili wytrzeźwiał umysłowo. Poprosił pielęgniareczkę o szybkie załatwienie sprawy i spiepszał stamtąd, ile tylko sił. Do dzisiaj widzi to cierpienie, widzi tego malucha, jego łzy w oczach i niepojęty dla dorosłego dziecięcy strach.

***
Miał wtedy osiemnaście lat. Był pewien, że wie już o świecie wszystko. Palił. Dawało mu to poczucie dorosłości. Gdy tak szedł z tą fajką w zębach i puszczał dym, a sąsiedzi, czy przechodnie na niego patrzyli, to wtedy dostawał dopiero poczucie dumy. On. Maks. Licealista, który nie pęka. Idzie przez świat pewnym krokiem w oparach tytoniowego dymu. Nagle zawiał wiatr. Wydmuchnął prosto do oka żar z końcówki peta.

Zapalenie tęczówki. Długo siedział w domu lecząc się nieprawidłowo. Gdy już przestał widzieć zupełnie na oko, a ból rozwiercał kolejne płaty mózgu, jego ojciec zawiózł go do Szpitala Marynarki Wojennej. Wtedy, tylko oni, za tej zakichanej komuny mieli najlepszych specjalistów.

Kilka zastrzyków w oko załatwiło choróbsko. W szpitalu spędził kilka tygodni wraz ze Świętami Bożego Narodzenia, a że był to szpital wojskowy, to leżał na sali z poborowymi. Same młode chłopaki i on, jedyny cywil pomiędzy nimi.

Któryś z tych młodych chłopców miał dostać wypis z powrotem do armii. Nie chciał tam wracać. Poprosił Maksa o przysługę.

– Wiesz, tak mi tutaj dobrze. Jedzenie. Spokój. I te dziewczyny. Marzenie. Pomóż mi, mam pomysł – zagadnął żołnierz.
– Co, do wojska przykro wracać – Maks domyślił się, że wojak coś grubego kombinuje.
– Zobacz mam jeszcze ranę pozabiegową na oku. Wlej mi na nią wodę toaletową, zrobi się małe zapalenie, a ja jeszcze w szpitalu posiedzę i przynajmniej na święta zostanę.

Usiadł na żołnierzu okrakiem. Butelkę z wodą trzymał w prawym ręku, a lewą się lekko podpierał. Patrzył żołnierzowi prosto w oczy, gdy ten nerwowo przyspieszył migotanie powiekami. Wlał prosto na źrenicę. Żołnierz zwinął się w kulkę, jak pies do snu. Prawie zniknął pod szpitalnym kocem, skurczając się do rozmiarów dziesięcioletniego dziecka. Na sali zapadła cisza. Dziesięciu pozostałych żołnierzy podniosło głowy i czekało na rozwój sytuacji.

– No co ty, nie udawaj, wyłaź spod tego koca – już wyraźnie poruszony Maks lekko szturchał nieszczęśnika.

Żołnierz tylko równomiernie zasysał powietrze, tak jakby, nabierał je ostatni raz w swoim życiu. I nagle po dobrych trzech minutach wydał z siebie wrzask potworny. Wycie rozniosło się po szpitalnych korytarzach. Ludzie pojawili się natychmiast nie wiadomo skąd. W tym zamieszaniu Maks wrócił na łóżko.

Na drugi dzień odbyło się dochodzenie. Żołnierz przyznał się, że sam sobie wlał do oka to świństwo. Był stan wojenny. Zaraz miały nadejść święta 1982 roku. Młodzi chłopcy woleli się uszkodzić niż pójść do armii.

***
Maks już nawet nie mógł chodzić. Czterdziestostopniowa gorączka skutecznie odebrała chęci do życia. Tylko szpital pozostał. Tam czekał ratunek. Ale gdyby nie dobry duch, Miruś, Janek pewnie umarł by w swoim domu.

Spakował go, zawiózł do szpitala. Tam lekka awanturka, bo skierowania brak i takie tam administracyjne dołki pod życiem człowieczym. Wystarczyło prześwietlenie płuc i sama diagnoza. Obustronne zapalenie, a zatem wózek dwukółkowy i wycieczka na górne piętra, gdzie mieściła się pulmonologia.

– No to trzymaj się rajdowcu. Grzej bracie silniki jak Kubica, he, he, na tym wózeczku – rzekł na odchodne Miruś…

Na drugi dzień leżenia przyszło to najgorsze. Tlen. I nieustanny sen. Maks był w malignie. Jego ciało toczyło samotną walkę o życie, bo świadomość praktycznie przestała istnieć. Pełne cztery dni wyjęte z życia zupełnie, ale że jeszcze nie ten czas i miejsce, szybko wrócił do siebie.

Ludzie odchodzą w różny sposób. Ze starości. Nagle w tragicznym wypadku. Po długiej i ciężkiej chorobie. Odchodzą przeważnie cichuteńko. Nie grają im wtedy werble i fanfary. Przychodzi śmierć, a wraz z nią, ostatnie wydarzenie w życiorysie – data śmierci.

Maks żyje. Spaceruje ulicami kochanego miasta. Oddycha już zdecydowanie spokojniej. On już coś o śmierci wie. Pewnie, że jeszcze prawie nic, ale chociaż jedno na pewno, że ona cicha jest. Mogła wtedy, gdy pod tlenem był, przyjść. Zabrać go ze sobą. Nie obronił by się wcale. I odszedł by samotnie. Głupio. Za szybko.

2 odpowiedzi do “Szpital. Trzy bolesne historie.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *