Pogotowie. Trzy krótkie historie…

***
Telefon dzwonił długo, raz że wszystkie karetki gdzieś po interwencjach się błąkały, a dwa, pełno ludzi w izbie przyjęć. W końcu Adam wrócił z wyjazdu do chorego dziecka. Młody początkujący lekarz. Jeszcze wrażliwy, jeszcze cieńkoskórny.

– Panie doktorze, Panie doktorze, proszę, tutaj taka sprawa, dziesiąte piętro, rozległy zawał serca, a pacjentka podobno bardzo ciężka – coś takiego, zamyślił się Adam. Nie przypuszczał jeszcze, co go spotka, gdy już gnali na sygnale w stronę blokowiska. Potem z dwójką sanitariuszy windą do góry. Dzwonek. Drzwi otwiera przerażona dziewczyna.

– Tam, w tamtym pokoju leży mamusia – drżącym, łamiącym się głosem, rzekła młoda kobieta. Oczom zespołu ukazało się łóżko, na nim leżała nieprzytomna kobieta monstrualnych rozmiarów, na oko trzysta kilo, może jeszcze żywej wagi.

– Ona waży pół tony. My jej nie wyniesiemy panie doktorze – wyszeptał do Adama ucha sanitariusz.
– To co robimy? Ona musi natychmiast znaleźć się w szpitalu. Tylko straż pożarna nam zostaje i próba wyciągania pacjentki przez drzwi balkonowe i potem dźwigiem w dół – odpowiedział już głośniej Adam. W myślach uznał, że to prawodpodobnie koniec życia, że już nic tutaj nie pomoże. Chłopcy rozpoczęli reanimację, a on wydzwonił straż pożarną. Chłopaki strażaki nigdy nie zawodzą, w moment pojawili się w celach asysty.

Kobieta jednak moment po przyjeździe Straży Pożarnej umarła. Córka kompletnie załamana w panice rozpoczęła swój chaotyczny słowny taniec.

– Co ja teraz zrobię, co ja pocznę, jak to tak, panowie proszę, proszę zabierzcie mamę do szpitala, ratujcie ją, nie zostawiajcie mnie samej tutaj, ja proszę, ja bardzo proszę – Adam wiedział, że jego rola się skończyła. Życia nie uratował. Młodej kobiecie już w niczym nie mógł pomóc. Wiedział również, że teraz, to tylko jeszcze grabarze będą mieli problem. Od tego mieszkania na dziesiątym piętrze, poprzez trumnę, aż po sam grób…

***
Środek pięknego lata. Popołudnie i super gorący dzień. Znad morza tylko lekko chłodzący wiaterek. I ten cholerny straszliwy wypadek na trójmiejskiej eskaemce. Człowiek leżał pod zestawem kolejowym prawie w samym jego środku. Adam zszedł pod pociąg, aby być bliżej żyjącego jeszcze człowieka. Widok potworny. Chłop w sile wieku leżał na wznak, a na zmiażdżonej klatce piersiowej osadził się podczepiany ogromny kolejowy akumulator.

– Ach jaki piękny zapach, kwiaty śliczne, tylko mi jakoś zimno bardzo – mówił do siebie konający człowiek. Adam podczołgał się do niego, a w myślach miał tylko jedno – przecież ja go nie uratuje, jak każę ruszyć skład, aby go wyciągnąć, to go straszliwie zmieli do końca. Podnieść dźwigiem, też rady nie dam, zresztą zanim tutaj przyjedzie, będzie po wszystkim. Co teraz, cholera jasna, co teraz, Boże mój Boże pomocy, proszę o pomoc, błagam!

Tutaj tylko śmierć mogła pomóc, mogła wybawić. Jak najszybsza śmierć. Leżąc pod tą kolejką młody lekarz cicho płakał. Wstrzykiwał nieszczęśnikowi potężne dawki morfiny i wciąż płakał, ale zarazem wiedział, że musi się opamiętać, wziąć w cholerną garść, poczekać na zgon, stwierdzić wreszcie ten piepszony fakt, że śmierć wreszcie nadeszła. Pół godziny i koniec. Wygramolił się spod pociągu. Brudny biały kitel rozdarty w pół dopełniał grozy.

Piękny słoneczny dzień zamienił się w najgorszy koszmar. W ten dzień, prosząc o śmierć, ten młody przecież jeszcze lekarz pękł. Będzie w końcu odporny lub odejdzie z pogotowia. Pójdzie gdzieś do ośrodka i stanie się doktorkiem pierwszego kontaktu, przynajmniej o grabarzach już nie myślał…

***
Wigilijny dzień tej mroźnej zimy nie zapowiadał rodzinnej tragedii. Na drogach nie było zupełnie ruchu. A jednak stało się najgorsze, poślizg i dwie natychmiastowe śmierci młodych ludzi na miejscu. Mąż i żona. Przed trzydziestką w wigilijny dzień.

– Panie doktorze rozcięliśmy dach, aby pomóc ich wyciągnąć, jest życie, powtarzam jest życie, proszę natychmiast wracać na miejsce wypadku – *urwa, co jest *urwa, klął niemiłosiernie Adam, wiedział, był pewny przecież, stwierdził bowiem dwa zgony na miejscu wypadku, nie mógł się przecież pomylić. Gnali karetką ile tylko mogli, na kompletnego maska z powrotem na miejsce wypadku. Kierowca sanitariusz nic nie mówił, z zaciśniętymi ustami pędził jak wariat do miejsca w którym przecież przed chwilą był…

Tam niemowlę. W wyniku olbrzymiej siły uderzenia samochodu w słup wpadło pod fotel pasażerki, jego mamy…Żyło, malutkie serduszko biło. Wszystkich na miejscu wypadku radość ogarnęła, dzieciątko żywe, poobijane, ale żywe i jego życiu żadne już niebezpieczeństwo w tym momencie nie grozi.

Adam wracał do domu po dyżurze kompletnie rozbity. Wracał do żony, do dzieci. Będzie po południu celebrował pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w domu, po tym ciężkiej nocy. Myślami był przy tych młodych rodzicach. Przy tym dziecku. Przy jego dziadkach. Gdy wychodził z pracy rzekła do niego jeszcze na odchodne dyżurna pielęgniarka – doktorze oni jechali do swoich rodziców na wigilię – spojrzał na nią przez długą sekundę, nic nie powiedział, gdy odwrócił z powrotem głowę to łzy leciały mu ciurkiem po twarzy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *