Kancelaria. Trzy proste historie.

***
Kol posiadał biura w pięknej, olbrzymiej, poniemieckiej willi, w starej dzielnicy miasta porośniętej jeszcze starszymi dębami. To praktykujący adwokat nie będący pierwszej już młodości, aczkolwiek z ogromnym doświadczeniem i prawniczym nerwem. Codziennie pod dachem jego kancelarii ścierało się dobro ze złem, na tej śmiesznej wadze człowieczej sprawiedliwości.



Prawnik musi żyć. Musi żyć dobrze, lepiej od innych. Dlatego kasa im nie obca. Dla niej zrobią wszystko. Tej zimy Kol jak zwykle udał się na narty zostawiając w pracy samego bez decyzyjnego asystenta. Jan pracował u Kola od nie dawna. Chłonął wszystko i uczył się bardzo szybko. Obaj wiedzieli, że dwa tygodnie szybko miną, a nic wielkiego nie może się przecież wydarzyć. Druga asystentka Kola, niejaka Maja, też gdzieś wtedy wyjechała. W końcu to były zimowe ferie.

Jan tego właśnie dnia wyjątkowo wcześniej zjawił się w biurze. Szczęśliwy, uśmiechnięty, od poranka żywo zabrał się do pracy. Do godziny jedenastej, w zasadzie nic się nie działo, a tu nagle bum.

Do kancelarii przyszła mamusia z synkiem. Synek na oko 25 lat, dwa metry wzrostu, tak zwany kark. Mamusia damulka odpicowana, z wyglądu naiwna, ale w głębi cwaniara. Od lat wielu stara przemytniczka, a obecnie handlująca ziemią pozyskiwaną od wiejskich pijaków. Typowa przewalaczka.

– Dzień dobry panie mecenasie, czy jest mecenas Kol?
– Nie ma mecenasa. Będzie za dwa tygodnie. Jak mogę państwu pomóc? – odparł Jan, lekko wewnątrz zaniepokojony. O co tutaj chodzi myślał, mierząc wzrokiem intruzów w jego tak dobrze rozpoczętym dniu.
– Panie mecenasie bardzo pana proszę o pomoc. Bardzo. Syn musi już pod koniec tygodnia stawić się we Wronkach, znaczy w tym więźniu, no ma tą karę zacząć odrabiać w końcu. Myśmy ustalili, że to się da jakoś, no wie pan sam. Już przekazałam to i owo, znaczy się nie mało. Pan zobaczy jaki mój synuś niewinny. Jaki to on chłopczyna. Jego tam…

– Droga pani – Jan przerwał ten wywód w porę, bo i jeszcze babsko by się mu poryczało – Ja nic nie mogę zrobić. Raz, że sprawy nie znam. Dwa, że mecenas Kol ma wyłączony telefon. Zawsze tak robi. Jest za granicą. Ostatnie słowa Jan przez zęby cedził. Miał już dość tej głupiej sytuacji. Syn tego babsztyla wyglądał na rasowego bandytę.

Co on takiego zrobił – myślał Jan. Wiedział też, że jak dostał wyrok to musi iść siedzieć, no nie może być tutaj mataczenia. A jednak mylił się, gdyż babsko nalegało, że kasa popłynęła strumieniem, aby tego osiłka reklamować.

– Droga pani. Drogi panie, ponieważ nie jestem w temacie, powiem tak. Proszę stawić się na wykonywanie kary. Proszę to kategorycznie zrobić. Przyjedzie mecenas Kol, będziemy się dalej starać o załatwienie sprawy”. Mówiąc owe słowa, Jan wstał za biurka i tym samym zachęcił to mierżące go towarzystwo do wyjścia. Poszli w siną dal.

Jan wpadł z powrotem w krzesło. Ten dzień dla niego już się skończył. Dobry dzień zamienił się w dzień bagienny. Wszystko wokoło drżało.

– Ile kasy przytulił ten cały cholerny Kol – myślał intensywnie Jan – co ten kark zrobił? Gdy Kol wrócił, to dopiero po tygodniu, od jego powrotu, Janek nawiązał od niechcenia do sprawy. Kol jak zwykle przedstawił mu swoją wersję wydarzeń na okrągło. Tak go zresztą uczył – mów tak, aby nic nie powiedzieć, czyli na okrągło.

Po latach Jan dowiedział się, że kark uczestniczył w okrutnym zbiorowym gwałcie na młodziutkiej dziewczynie. Faktycznie nic nie zrobił. Nic się przecież takiego nie stało się…

Mamusia smarując na lewo i prawo, wyprowadziła synusia z więźnia po kilku zaledwie miesiącach odsiadki, na zły stan zdrowia. Kol czerpał od mamusi kasę garściami. Może coś jeszcze, bo i w miarę atrakcyjna była…

***
Maja z Kolem pracowała od lat. Poznali się na uczelni. Kol zawsze się w niej podkochiwał. A teraz ona gruba potwornie. Taki babski kloc, ale z ujmującym uśmiechem oraz codzienną serdecznością. Zawsze coś do kancelarii przyniosła. Do zjedzenia oczywiście. Przeważnie ciasta. Nieustanne mieliła zębami. Wtedy, gdy jadła i też wtedy, gdy przez telefon rozmawiała.

Tego dnia w sali konferencyjnej siedzieli w trójkę. Dzień smutny był jesienny. Przerżnięte dwie sprawy. Kasa bokiem przeszła, nawet jej nie powąchali. I do tego jeszcze Jana żona szału dostała. Szykuje się ciężki rozwód. Godzinę intensywnie rozmawiali. Naradzali się, analizowali.

– Chłopcy wybaczcie – rzekła Maja, złożyła rączki i z grymasem na twarzy wstała. Wyprostowała się, przybrała jakąś nie naturalną dla siebie postawę, jęknęła, odwróciła się i twardym głośnym krokiem, waląc obcasami o korytarzowe kafle, łub, łub, łub, pomaszerowała w stronę łazienki.

Trzasnęły drzwi. Głośnym hukiem opadła deska sedesowa. Po chwili rozległy się armatnie wystrzały. Serie z broni maszynowej. Wybuchy min. 

– Proszę zamknij chociaż nasze drzwi tutaj, czy ona zwariowała, co tam cholera, czy ona to przeżyje – Kol czerwony rzucił od niechcenia w stronę Jana, a ten myślał tak, w takiej kancelarii, tak poważnej, takie jaja, ale co tam, nic co ludzkie, nie może być obce w końcu”.

Już nigdy od Mai nic nie wzięli do jedzenia. Za każdym razem, gdy na konferencyjny stół kładła coś do jedzenia, widzieli przed oczyma film o łazienkowej artylerii. Nawet tutaj, u prawników, może być czasami zupełnie na luzie. Ale tylko czasami. W końcu robimy kasę, czyż nie tak?

***
Stało się najgorsze w życiu Jana. Rozwód. Droga przez sądowe męki i katusze we własnej sprawie. Wojna o każdy cal majątku. Wojna o wszystko. Furia emocji.

Była żona dąży do zniszczenia. Walcem jedzie. Kwitami na Jana macha przed babskim składem sędziowskim. Że niby on to, czy tamto, w życiu robił i kasę musi mieć, znaczy się chowa ją, w ziemi zakupując gdzieś.

Jan zdążył wszystko sprzedać. Uciekł sprzed topora. Sędzia nie daje za wygraną.
– Z czego pan się utrzymuje?
– Nie pracuje już wysoki sądzie – rzekł Jan. Zwolnił się przecież, firmę wyrejestrował, zatarł ślady.
– Ale ja się nie pytam czy pan pracuje, czy też pan i nie pracuje. Bo ja wiem, że pan nie pracuje. Ja się pytam z czego pan się utrzymuje teraz, pozostając od roku bez pracy – to suche babsko, nie dawało mu wytchnienia. Tak jak była stara, tak jednak żwawo jechała na nim jak na burej suce. Jan patrząc na nią, widział jak bardzo się wyżywa, jak bardzo mściwie w sumie i z lekką ironią połączoną z sadystyczną przyjemnością bawi się nim jak kukiełką.
– Orzesz ty krwawico, ty wampirzyco, ty – wyszeptał Jan pod nosem, nie chciał kląć.
– Co pan tam mamle, nic nie słyszę, proszę głośniej – naciska – z czego pan się utrzymuje?
– Ze zbieractwa runa leśnego. Kurków grzybków, jagódków wysoki sądzie, uzbieram…
– Co Pan wygaduje, to jest obraza sądu, to jest kpina, ja panu, ja na pana nałożę karę sądową, zapłaci pan pięćset złotych, pan mi tutaj opowiada jakieś banialuki, panie!
– Wysoki sądzie jak powiedziałem kurków, jagódków, ze zbieractwa żyję. A karę zapłacę, no i co?

Jan jednak uszedł z życiem. Wyszedł z sądu z uśmiechem. Zaraz potem rzucił kancelarię. Rzucił żonę wariatkę. Rzucił życie swoje kolejny raz. Zacznie wszystko jeszcze spokojnie od początku, nie pierwszy raz…

2 odpowiedzi do “Kancelaria. Trzy proste historie.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *