Janusz Śniadek. Członek związku. Członek partii.

Śniadek, Janusz Śniadek węglem

Za parę lat minie trzecia dekada Trzeciej RP. Przez polską scenę polityczną przewinęło się w tym czasie mnóstwo osobowości, jednak bardzo mało autorytetów, niestety! Któż pamięta, na przykład takich politykierów, jak panowie Królowie z Unii Wolności oraz z Konfederacji Polski Niepodległej? Kto pamięta Pana Potockiego? Stawał on w szranki przepychanki z posłem Kamińskim na sejmowym korytarzu i chyba głównie z tego zasłynął, a dzisiaj zalega w politycznym niebycie. Kto pamięta kandydata na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Jana Łopuszańskiego? Mnóstwo, ale to mnóstwo „osobistości‟ można znaleźć w polityce, które bywały na salonach lokując się na najobszerniejszych kanapach, a dzisiaj wszelki słuch po nich zaginął. Błyszczały owe „osobistości‟, głosiły prawdy jedyne i objawione, by za moment, na zawsze popaść w polityczny niebyt. To wszystko jasne jest, ale rodzi się też pytanie, jeżeli człowieku do polityki człowieku, to powiedz nam wszystkim uczciwie, po co? Czy zrobić coś dla kraju, dla swoich rodaków, dla dobra wspólnego, czy może raczej coś dla siebie, albo gorzej jeszcze, wysłużyć się obcemu, za pieniądze się sprzedać…?

Proszę nie dziwić się takiej tezie drogi czytelniku, my Polacy w naszej historii już to ćwiczyliśmy i to nie jeden raz, lecz wielokrotnie. Dla krótkiego przypomnienia. Targowica i rosyjskie pieniądze. Obóz zdrady w Księstwie Warszawskim i znów w tle rosyjskie pieniądze. Komunistyczna zdrada niesiona bolszewickim bagnetem na gruncie chorych internacjonalistycznych haseł. Nikczemna zdrada przedwojennych elit porzucających walczące wojsko i krwawiące pod bombami społeczeństwo. Magdalenka. Gruba kreska. Komisje Michnika, Rokity itd. Dużo tego! Dużo tego!

Niektórzy z politykierów Trzeciej RP skończyli strasznie. Dla przykładu dwóch z nich. Jeden okrył się hańbą po wieczne czasy już za życia, to były Prezydent z woli narodu, a ten drugi już nie żyje. To nieformalny przedstawiciel narodu samo mianowany „autorytet moralny‟, przez większość Polaków jednak nieakceptowany, ale w tak zwanych opiniotwórczych światowych kręgach honorowany. Zginął tragicznie w wypadku samochodowym, podobno w ramionach pięknej nieznajomej.

Nie jeden powie tak, polityka – przecież to bagno, ona mnie już nie interesuje. Czy można się dziwić takim postawom, gdy w tejże polityce już nie jedno widzieliśmy, łącznie na przykład z orkiestrą w Nowym Hotelu Poselskim, grającą późną nocą dla jednego z „polityków‟ to, że bardzo pijanego w tym momencie, to nie ważne w sumie to, że pół nocy budzących swoich kolegów po fachu, to też nieważne… Chłop nie miał później ochoty zrzec się mandatu poselskiego. Może przeprosić? Kogo on by tam przepraszał, w sumie, Pan poseł jeden…?

Jak mają się sprawy w związku zawodowym Solidarność? Jak panowie z tego związku zachowywali się, gdy Polskę grabiono? Nigdy nie będzie dobrze w naszym kraju, gdy nie przybliżymy się do prawdy, nie zobaczymy pojedynczych ludzi, ich działań i efektów ich polityczno-społecznej aktywności. Nigdy nie pojmiemy, z czym mamy do czynienia i o co w sumie chodzi…

W Solidarności był Marian Krzaklewski. Był? Nie do końca w sumie, gdyż on jest w niej dalej i ma się super dobrze, ale to, że schowany za kotarkę, to kogo w sumie obchodzi dzisiaj? (Tekst pisany kilka miesięcy temu, a tu piękny Marian nam objawił się znów 31 sierpnia, podczas Mszy Św., w Brygidzie, w drugim rzędzie ławek, w elitarnym rządowym i związkowym towarzystwie, niestety…). Ktoś powie, no dobrze, poniósł Pan Marian odpowiedzialność polityczną, której efektem jest właśnie to, że już Pana Mariana nie ma. Błąd! Pan Marian jest i działa, ale inaczej… To temat na inny artykuł.

Pośród wielkich gwiazd Solidarności, dzisiaj już wygasłych, może warto przypomnieć takie osoby, jak na przykład Jacek Rybicki, Kazimierz Janiak czy wreszcie Krzysztof Piesiewicz? Doskonały scenarzysta, współpracownik Krzysztofa Kieślowskiego, a jak skończył? Dla sztuki, w tym dla Polski dokonał wiele, ale jako artysta, bo w polityce przeżył śmierć cywilną przed całą Polską, stając przed nią pijany w koszuli nocnej…

Jedną z obecnych gwiazd Solidarności, ale czynną w polityce jest Pan Janusz Śniadek. Piszący tutaj, te słowa, był w stanie wojennym całym sercem za Solidarnością. Stanął w obronie związku na gdyńskich ulicach w 1982 roku. Został aresztowany, mając osiemnaście lat. Zresztą to mało ważne. Co robił wtedy Pan Janusz?


Jego historia zakorzeniła się w nieistniejącej już Stoczni Gdynia S.A. To tam podjął Pan Janusz pierwszą pracę po ukończeniu studiów. W przełomowym dla Polski okresie strajkowym latem 1980 roku nasz bohater niczym wielkim się nie zasłużył, przynajmniej nie za bardzo można cokolwiek o tym okresie życia pana Janusza gdziekolwiek wyczytać. Pewnym, bardzo dzisiaj kontrowersyjnym, bohaterem tamtych sierpniowych dni w Stoczni Gdańskiej, był znany wszystkim Polakom przewodniczący strajku Lech Wałęsa (esbecki pseudonim Bolek). W Stoczni Gdyńskiej strajkom przewodził Andrzej Kołodziej. Za ten strajk oraz za Solidarność Andrzej Kołodziej zapłacił swoją cenę, a Lech Wałęsa utracił reputację, gdy wypłynęła sprawa długo domniemanej i na a koniec jego upadku udowodnionej winy, leżącej po stronie agenturalnej działalności naszego „bohatera narodowego‟. Natomiast taki pan Janusz spokojnie wyczekiwał na swoje dni patrząc z góry na upatrzonej pozycji i przechodząc suchą nogą poprzez burzliwe ciemne dni stanu wojennego, czekając na tak zwany lepszy czas.

– Wraz z podjęciem pracy podpisałem deklarację członkowską NSZZ „Solidarność”. W czasie stanu wojennego zaangażowałem się aktywnie w działalność podziemnych struktur „Solidarności”, między innymi współredagując nielegalny biuletyn „Kadłub”. Podtrzymywały mnie wówczas na duchu msze św. za Ojczyznę i Pielgrzymki Ludzi Pracy na Jasną Górę – tyle i aż tyle wyczytać można z życiorysu pana Janusza, którym to chwali się, ale i też nie za bardzo rozpisuje na swojej imiennej stronie www.

Po krótkiej analizie sieciowych zasobów informacyjnych zauważymy pierwszy problemik, może i nawet nieistotny, ale dotykający naszego bohatera od strony prawdy i uczciwości politycznej, tak bardzo teraz zagmatwanej przecież…

Cytuję za Encyklopedią Solidarności – „Kadłub‟ pismo podziemnej Komisji Zakładowej „S” Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, wychodziło 1984-1989; było następcą „Informatora Wojennego”. Ukazało się kilkanaście nr. o obj. 4-8 s., drukowanych na powielaczach białkowych w nakładzie 2-5 tys. egz.

Na stronach Encyklopedii Solidarności pod hasłem „Kadłub‟ nic a nic o Panie Śniadku i jego roli w piśmie, a przecież on sam podaje na własnych stronach www w życiorysie, że współredagował ten stoczniowy biuletyn! Cóż, można by na powyższą sprawę spojrzeć na przykład tak – pan Janusz bacznie obserwował sytuację w kraju i czekał na najbardziej dogodny moment, aby włączyć się do służby na rzecz swojej ojczyzny lub można też spojrzeć zupełnie inaczej, mroczne miesiące stanu wojennego, aresztowania, pałowanie czy wreszcie nie jedna śmierć, tak bardzo działały na wyobraźnię naszego zasłużonego związkowca, że może uważał on, że nie warto teraz działać (czytaj: działać w stanie wojennym i narażać się na dotkliwe represje), że jeszcze nie dzisiaj, że może jednak przeczekać, że przyjdzie ten czas, a talent przekaże wolnej ojczyźnie, służąc wiernie! Dziwi jednak fakt, że pan Janusz podaje swoje zaangażowanie w pracę związkową na rzecz biuletynu „Kadłub‟ w stanie wojennym, ale ten biuletyn wychodzi już po jego zniesieniu, jak podaje encyklopedia.

Pytanie otwarte do pana Janusza. Kto mija się z prawdą? Pan, Panie Januszu, czy może Encyklopedia Solidarności? Może warto wyjaśnić owe rozbieżności, skoro zajmuje Pan tak ważne stanowisko? Można też popatrzeć na powyższy wywód w taki oto sposób, etam, to wszystko już przecież prehistoria, liczy się tu i teraz, tylko że, mamy jednak malutki zgrzyt tutaj, czyli delikatnie rzecz ujmując, zjawisko takie, które z prawdą się mija, zahaczając i ocierając się o nią tylko gdzieś tam…

Prostymi słowy możemy powiedzieć też tak, ot i takie zwykłe przebarwienie prawie jak poprawienie buziek na zdjęciach, tylko gdyby powyższe było wydarzeniem w życiorysie pana Janusza jednostkowym, odosobnionym, powiedzielibyśmy, nie ma sprawy! Ale to nie jest wydarzenie jednostkowe!!! I tutaj zaczyna się już dla nas, ludzi Solidarności, wszystkich Polaków kochających Polskę poważny problem, szczególnie dla tych, którzy na Pana Janusza stawiali, głosowali, stawiają i głosują dalej. Drugi problemik nie jest już nawet śmieszny, jak można by ten pierwszy potraktować. W tym pierwszym jakieś tam przebarwienie może i nawet luki w pamięci, są do odpuszczenia. My naród łaskawy przecież. Po przedstawieniu drugiego problemiku nie będzie już różowo, fajnie i przyjemnie.

Ten problem, to tak zwane ratowanie Stoczni Gdańskiej poprzez jej dobijanie. To w wielkim skrócie. W rozwinięciu i analizie sprawy zobaczymy niestety mnóstwo bulgocącego bagienka. Ot, chociażby podczas takiego partyjnego regionalnego zjazdu w historycznej sali BHP dawnej Stoczni Gdańskiej 9 listopada 2014 roku, gdy odbyła się Wojewódzka Konwencja Samorządowa Prawa i Sprawiedliwości z udziałem Prezesa Jarosława Kaczyńskiego, panowie Janusz Śniadek oraz Karol Guzikiewicz, między innymi występującymi, wspominali o tym, jak bardzo przyczynili się do ratowania Stoczni Gdańskiej. Problem w tym, że zaraz po konwencji Pan Karol Guzikiewicz na zarzut, że nie mówi prawdy, gdyż Stoczni Gdańskiej nie ratował, tylko wręcz wraz z innymi partnerami, nierozsądnymi działaniami i decyzjami przyczynił się do jej degradacji, palcem wskazał na przechodzącego przez salę BHP swojego partyjnego kolegę, a naszego bohatera, Pana Janusza mówiąc – to nie ja, to on, to wszystko on! Jego o to należy pytać! Tyle Pan Guzikiewcz w sprawie.

Pan Janusz Śniadek na zadane mu pytanie na wprost, w obecności co najmniej dziesięciu osób, dlaczego opowiada o ratowaniu stoczni, gdy sam między innymi przyczynił się do jej upadku, po prostu coś odburknął i uciekł na piętro niezmiernie szybko, pokonując schody…

Poważny zarzut, ale dowody są, niestety. Był rok 1999, środek lata. Do biura Janusza Śniadka mieszczącego się w jednym z budynków Stoczni Gdynia udała się delegacja działaczy społecznych związanych z ideą uratowania upadłej Stoczni Gdańsk poprzez próbę wykupienia jej długów z funduszów społecznych. Nasz bohater był wtedy członkiem rady nadzorczej Stoczni Gdynia oddelegowanym przez Ministra Skarbu. Co ciekawe, Stocznię Gdynia przejęli w tamtym czasie również pracownicy Ministerstwa Skarbu tego, które oddelegowało pana Janusza do rady nadzorczej, a byli to, były dyrektor departamentu Spółek Strategicznych Skarbu Państwa Hubert Kierkowski, ówczesny przewodniczący Rady Wierzycieli Stoczni Gdynia Janusz Szlanta oraz Andrzej Buczkowski wiceprezes zarządu Stoczni Gdynia. Owi trzej panowie założyli Spółkę Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny SA z kapitałem zakładowym w wysokości 100 tysięcy złotych i przejęli pakiet kontrolny akcji Stoczni Gdynia od Skarbu Państwa. Trzej pracownicy będący na państwowych posadach przejęli strategiczny zakład w dużym mieście, jakim jest przecież Gdynia, nikt tego faktu jakoś nie zauważył, nikt się nie zdziwił, żadne służby kontrwywiadowcze nie zadziałały w tej bulwersującej sprawie. A może odwrotnie, właśnie służby zadziałały i umożliwiły takie układane rozdania na styku gospodarki, państwa i wielkich pieniędzy? A pan Janusz? A był on przecież członkiem rady nadzorczej i widział, co się dzieje, mało tego, został ostrzeżony, że chleba z tego pieca nie będzie! Powiedziano mu wprost i poproszono, aby zszedł z tej drogi i nie popierał Pana Szlanty, który statki widział w telewizji i na fotografiach, a zabrał się za ich budowę, więc jego smutny koniec mógł być łatwy do przewidzenia. O tym poinformowano Pana Janusza, prosząc go o pomoc. Czy pomógł? Czy podjął jakieś działania? Nie, nie podjął żadnych działań. Mało tego, popierał drugiego pana Janusza biznesu, niejakiego Pana Janusza Szlantę!

Ten Szlanta dostał nawet nagrodę biznesmena roku od samego prezydenta Kwaśniewskiego za wybitne osiągnięcia w gospodarce morskiej. Dzisiaj Stoczni Gdyni już nie ma, Szlanty w Trójmieście też nie ma, ale pan Janusz jest i ma się dobrze. W życiorysie unika tych wątków, które wiążą go z przemysłem stoczniowym. Ciekawe? Możemy spojrzeć jeszcze na sprawę jeszcze tak. Dobrze działał nasz Pan Janusz Śniadek. Działał w dobrej wierze i dla dobra wspólnego. Uwierzył w zbawców z Ministerstwa Skarbu. Uwierzył, że jego koledzy urzędnicy uratują nasz przemysł okrętowy. Cóż z tego wynika? W polityce nie potrzebujemy ludzi wiary, ale ludzi czynów i odwagi. Mądrości i roztropności, a Pan Janusz pisze bloga i roztropnością interesuje się przecież. Można poczytać, chociaż lektura przyciężkawa w świetle dokonań Pana Janusza na polu gospodarczo-politycznym ku chwale Polski. Czym jeszcze zasłynął Pan Janusz Śniadek, poza tym, że był przewodniczącym? Co zrobił dla kraju? Co zrobił, tak do prawdy, dla stoczni? Jakie działania podjął wtedy, gdy pracownik biurowy, urzędnik państwowy ministerialny, przewodniczący rady wierzycieli (dostęp do informacji posiadał jedynie…) Szlanta, przejął 3/4 przemysłu okrętowego w Polsce? Nie zrobił w sprawie niestety nic!

Dzisiaj to dalej działacz, społecznik, związkowiec, ale i prominentny polityk. To on ma wpływ na obsadę spółek skarbu państwa w Pomorskim razem z Panią Dorotą Arciszewską-Mielewczyk przewodniczącą Komisji Sejmowej ds. Gospodarki Morskiej. Tak jak kiedyś AWS przyniósł nadzieję, po dramatycznych antypolskich wcześniejszych rządach, tak z PiS historia może się powtórzyć, bo wielu aktorów tego politycznego kabaretu tych samych. Nadzieja umiera zawsze ostatnia. AWS-u już nie ma. PiS z takimi ludźmi jak Pan Janusz też upadnie i przejdzie do historii jako partia niewykorzystanej szansy, ale co gorsze, może przejść do lamusa jako ta organizacja, która Polakom całkowicie odebrała nadzieję. Dopóki pan Janusz kreuje lokalne układy partyjne, a z nich wypływa lokalna władza jak lawa gorąca, bo nasz kraj jak lawa jest, dopóty będzie tutaj u nas na Pomorzu rządziła partia platformy trzech tenorów, z których to, nie śpiewa już żaden, a rządzi nią nie operetkarz tym razem, a kabareciarz!

Kapitan Hutyra prosi Śniadka o pomoc, prosi go, aby nie popierał Szlanty. Ten Szlanta przejął stocznie w Gdyni, a potem stocznię w Gdańsku. Na koniec doprowadził do zawału w całym przemyśle stoczniowym.

Nasz naród jak lawa z wierzchu twarda i plugawa, ale wewnętrznego ognia tysiąc lat nie wyziębi – tak pisał Mickiewicz kiedyś tam. Dzisiaj widzimy nasze sprawy inaczej. Z zewnątrz plugawo na pewno, ale i w środku już gorąca panie prawie nie uświadczysz…

Smutne powyższe dla wszystkich ludzi, którzy jeszcze wierzą w partię władzy. My wszyscy prawdopodobnie popełniliśmy gdzieś ten sam błąd, wierzyliśmy w partię władzy, jaka by ona nie była. Kiedyś wierzono nawet w PPR, no dobrze ktoś tam wierzył! Tych, którzy nie wierzyli, to wtedy mordowali, po prostu eliminowali. Później byli wyznawcy PZPR. Potem przyszło znów nowe. Unia Wolności, SLD, AWS, Platforma Obywatelska, KLD, wiecznie żywe PSL, jakaś Nowoczesna, i wreszcie ostania partia nadziei, PiS. Z takimi ludźmi jak Pan Janusz partia władzy kroczy w dół niestety. Do samego końca, podobnie, jak wcześniej AWS, no i prawie z tymi samymi ludźmi niestety…

Co będzie jak już PiS-u nie będzie? Czy nasz Janusz, nasz bohater Pan Janusz Śniadek będzie, jako działacz, członek partii, związkowiec…? On chce przecież dla nas wszystkich dobrze…

2 odpowiedzi do “Janusz Śniadek. Członek związku. Członek partii.”

  1. Pamiętam, jak JS przewodniczący S niszczył brutalnie w wyborach samorządowych w Gdyni kandydatów AWS, natomiast popierał Ruch Stu! Taki to był przewodniczący S!
    Ten układ władzy trwa w Gdyni do dzisiaj!

    1. Panie profesorze najgorsze w postawie pana Janusza wypłynęło już w latach dziewięćdziesiątych. On już wtedy się skompromitował broniąc Szlantę, popierając go. O społecznych działaczach próbujących ratować stocznie wypowiadał się publicznie, że są to działania niepoważane. Czy jego czyny były poważne? Tam poważane, czy godne były, czy nie powinien on już dawno przestać być politykiem? Kto go promuje? Kto go wspiera? Na wybrzeżu on już rzadko gdzie ma poparcie, ale góra stawia na niego. Dlaczego? Tego nie rozumiem. Nie rozumiem zupełnie. Co do AWS-u. Ta śmieszna partia nie istnieje. Jednak, czyż nie mamy dzisiaj gorszej sytuacji? Z tej antypolskiej partii powstały kolejne. To już śmieszne nie jest. Ciągle ci sami ludzie. Ciągle ten sam kołowrotek. Raz z jednej strony sejmu, a raz z drugiej strony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *