Aziewicz Tadeusz. Poseł nieustający…

Przypomniała mi się dzisiaj pewna opowiastka z początków Solidarności 1981 roku. Przyjaciel mojego taty w latach siedemdziesiątych bawił jakiś czas w Nowej Zelandii. Zachwycony tym krajem mówił mniej więcej tak – premier chodzi ulicami Wellington w krótkich spodenkach, bo ciepło jest bardzo, z przechodniami rozmawia, a na jego twarzy to nawet i uśmiech gości.

Do dzisiaj tkwi w mojej pamięci ów „ludzki” nowozelandzki premier pan. Oczami wyobraźni widzę jego uśmiech, widzę jego krótkie spodenki i zastanawiam się, jak taki „ludzki pan‟ z końca świata mógłby wyglądać na tle naszych „gigantów” polityki, gdyby się pośród nich przechadzał…?



Co rusz obserwując zachowania naszych politykierów oraz tak zwanych elit, począwszy od wszelkiej maści kierowników odcinka, a kończąc na prezesach i dyrektorach centrów biznesu lub przekrętu, widzę w większości tylko butę i arogancję, niestety. W III Rzeczpospolitej dorobiliśmy się nawet pewnej kasty ludzi absolutnie nadzwyczajnych, wspaniałych i oczywiście super mądrych. Reprezentując one trzecią władzę, a jak władzę posiadają, to muszą one ponad tym ludkiem bożym brylować, bo ten ludek boży głupi i nieświadomy, a one wyżej siedzą, to i patrzą z góry, a jak patrzą z góry, to lepiej widzą, tak im się przynajmniej wydaje. Władza sądownicza, jako trzecia na miejscu podium wszechwładzy, bo przed nią jeszcze elity pierwszej i drugiej, wyraźnie jest nadzwyczajna i kastowa, jak o tym obwieściła nam wszystkim miłościwie nad nami panująca i nas osądzająca jedna z pań z nie jakiegoś tam sądu, z jakiejś tam miejscowości, powiedziała to pani z Naczelnego Sądu Administracyjnego, pani z Warszawy, ze stolicy! Elita władzy trzeciej, władzy sądowniczej w Polsce!

Pewnie przesadzam, zwyczajnie źle wyciągam wnioski, nie analizuję rzeczywistości, tak jak to czynią nasze wspaniałe „autorytety moralne”, dlatego widzę na około prawie same ciemne typki, bo i pewnie taki już ze mnie oszołom i drań. Jeden z takich „autorytetów moralnych”, a w zasadzie jedna, bo to niewiasta, niejaka Wanat napisała, do mnie osobiście napisała i to na wprost w takim oto stylu – będziemy was kiedyś leczyć w zakładach zamkniętych! A jak wyleczymy, to dopiero potem wypuścimy – wyraźnie już coś wie pani Wanat, coś, czego ja nie wiem, czyli tamte od niej planują już przyszłość, w strategię się bawią! Psychuszki im w głowie.

Całkiem niedawno, stojąc na przystanku w Gdyni, czekając na Trajtek (dla tych, co Gdyni nie znają, ten Trajtek to taki autobus, co na prąd się porusza), mając na nosie okulary i zawzięcie czytając coś w necie, w pewnym momencie znad tych okularów spojrzałem na chodnik ulicy Świętojańskiej – a tam sam Aziewicz przechadzał się był. Dla niewtajemniczonych w politykę pomorską wyjaśniam – to taki poseł jest, a zasiada w Sejmowej Komisji Gospodarki Morskiej, jako jej wiceprzewodniczący.
Aziewicz szedł ulicą mojego miasta, patrząc mi głęboko w oczy, a gdy doszło do kontaktu wzrokowego, zmierzył mnie z góry na dół i znów do góry, zwiększając poziomy własnego twarzolica do granic buty dodając sobie jednocześnie pewności siebie. Zawzięty wyraz twarzy, zero uśmiechu, a życzliwości do człowieka, do brata Polaka, e tam, szkoda słów…

Ja, przecież nikt jestem, ot mieszkaniec Gdyni, przechodzień, może i potencjalny dla niego wyborca, spodziewałem się miłego uśmiechu, może słowa dzień dobry jeszcze. Naiwny jestem, gdzie tam takie kultury u nich, raczej tylko zarozumiałość i arogancja władzy. Naszej władzy! Znaczy się miejscowej władzy, pomorskiej. Mogło być też tak, że on się bał, że mu wściekły obywatel za lata ich haniebnej polityki rzuci w eter kilka „miłych słów”. Więc butność przeciwko obywatelowi jego zwykłym orężem była…
W sumie szkoda, że brak protestów oddolnych właśnie wtedy, gdy idzie taki pan i władca zwyczajnie ulicą, że mu nikt nie wykrzyczy, coś pan dobrego dla ojczyzny uczynił? Oczy mojej wyobraźni już Aziewicza widzieć nie chciały, mityczny uśmiechnięty premiera Nowej Zelandii z opowiastki z czasów Solidarności przyciągnął pozytywne rozważania, dlatego że wyglądał po ludzku w tych krótkich spodenkach…

Pod koniec dnia, po spotkaniu Aziewicza, pomyślałem jeszcze tak, a gdyby ten Tadzio Aziewicz to był super super poseł i super super gospodarz, i dokonałby rzeczy super super wielkich dla naszej nadmorskiej społeczności, no to ludzie by go zaczepiali. Gratulowali. Kwiaty u stóp rzucali, a tutaj nikt go nie zaczepił, nawet do rozmowy chwilowej nie zatrzymał. Może chłop nieznany? A jeżeli nieznany, to kogo moi rodacy wybieracie? Nie wiecie? Co gorsza, on niczym dla dobrobytu Polski nie zasłynął, a i z wielkością nie ma nic wspólnego, czy może się mylę i jest dokładnie na odwrót!

Do polityki wszedł jako tak zwany gdański liberał poprzez Gdański Kongres Liberałów. W latach dziewięćdziesiątych pracował dla Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową pod kierownictwem dr. Szomburga, szamana polskiej rzeczywistości gospodarczej. Nasz bohater pracował między innymi nad zasadnością komercjalizacji spółek komunalnych. Forsowana liberalna polityka przez posła Tadeusza i „Instytut” doprowadziła do przejęcia kontroli nad wodą, śmieciami, bankami komunalnymi w wielu gminach i miastach Polski przez zachodnie spółki, w tym również państwowe. I co pan na to teraz, panie Tadeuszu pośle Aziewicz? Dobra była to polityka?
Ultraliberał. Obecnie dzieli biuro poselskie razem z Lewandowskim. Tym Lewandowskim, co pół Polski wyprzedał. Należał kolejno do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej.
Z tego „Instytutu” Szomburga wyszło wielu „instytutowych gospodarzy kraju”, tworząc szeregi elit polityczno-gospodarczych. Prywatyzować! Prywatyzować! Prywatyzować! Komercjalizować! Komercjalizować! Komercjalizować! Restrukturyzować! I tak dalej ów papuzi bezmyślny głos…

I co wyszło z tego? Na przykład z komercjalizacji wody gdańskiej wyszedł kontrolowany zrzut gówna do zatoki (przepraszam za taki śmierdzący temat w tak ważnej kwestii, jak gospodarka państwa). Tego zrzutu dokonywali Francuzi, bo to oni kupili, przejęli i komercjalizowali zakład komunalny. Aż mi się skóra zjeżyła od tych słów, że muszę je tutaj układać w całość, no bo jak to brzmi, my Polacy, nie potrafimy zarządzać naszymi własnymi zakładami komunalnymi panie Aziewicz? Potrzebni nam są do tego Niemcy! Francuzi! Włosi! A najlepiej to w ogóle Amerykanie! Tak, tylko Amerykanie, bo to, co amerykańskie jest, no po prostu najlepsze jest!
Niech żyje kontrolowany zrzut gówna! Niech żyje komercjalizacja! Niech żyje kompensacja! Niech żyje szef Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową Jan Szomburg.

Aziewicz zasiada w Sejmowej Komisji Gospodarki Morskiej. Kiedyś powiedział tak, mniej więcej – gdy stocznie dochodu nie przynoszą, a hodowla kurczaków jest opłacalna, to niech tam, na tych terenach będzie ta hodowla, a nie coś, co straty generuje. Przez takie myślenie, to dzisiaj w Gdyni największym pracodawcą jest Urząd Miasta. Gdynia zarządzała kiedyś własnym bankiem komunalnym. Potem wyprzedała aktywa bankowi Nordea ze Skandynawii. To miasto nie ma wcale małego budżetu, a zatem po co była ta operacja wyzbycia się obrotu komunalnych środków budżetowych? Komu to służyło?

Urząd Miasta największym pracodawcą jest! Kpina, jawna kpina, z nas wszystkich! To właśnie efekt tych rządów, tych ultraliberalnych intelektualistów i autorytetów moralnych od komercjalizacji i racjonalności hodowli kurczaków…

Aziewicz dzisiaj należy do opozycji parlamentarnej. Gdyby stamtąd, czyli z tej z „bożej łaski” opozycji popłynęła idea konstruktywnej pracy w kierunku rozwoju i wzmacniania naszego wspólnego dobra, czyli naszego państwa, to my wszyscy, bez względu na poglądy polityczne, mielibyśmy poczucie przynależności do Rzeczpospolitej. No, ale jak się najpierw wyprzedało naszą wspólną Rzeczpospolitą różnym innym podmiotom międzynarodowym i nawet prace naukowe pisano dla uzasadnienia takich działań i składano je w rozmaitych „instytutach”, czerpiąc z tego tytułu jeszcze dochody, no to nie można dzisiaj się w sumie dziwić, że mamy takie elity polityczne, jakie mamy, a gospodarka nasza stała się prostą gospodarką podwykonawczą, a Biedronka naszym głównym znakiem firmowym. Do głosu w naszym kraju doszli jedyni słuszni naukowcy, wybrali jedyną słuszną drogę postępu, poparli ich jedyni słuszni dziennikarze postępu i poprzez prywatyzację poprzez komercjalizację, kompensację, restrukturyzację i diabeł sam wie jeszcze co, zajechaliśmy do Europy. Czy można było inaczej? Czy była inna droga? Pewnie, że tak. Działanie, chociażby minimalne, jeżeli już wyprzedaż, to za jakąś normalną cenę, a nie prawie za darmo, jak w wielu to było przypadkach, chociażby ze Stocznią Gdańską czy Domami Towarowymi Centrum itd.

Tadeusz Aziewcz badał, pisał i współredagował takie oto publikacje:
„Przekształcenia w sektorze usług komunalnych” — Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, Gdańsk 1992 r. (wydane w języku polskim i angielskim); „Koniec komunalnego biznesu?” – Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, Warszawa-Gdańsk luty 1993 r., „Prywatyzacja usług komunalnych w Polsce” – Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową. Gdańsk-Lublin, 1994 r., „Rynek usług komunalnych w Polsce” – Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, Gdańsk-Lublin, 1994 r.

Musimy dalej głosować, wybierać, ale jak to robić? Coraz trudniej, gdy wokoło tak niskie loty intelektualne wraz z mierną kompetencją władzy. Kultura osobista nigdy nie szła w parze z politykierstwem, nie pamiętam przynajmniej takich czasów, a sięgam już po okres późnego Gomułki. „Uważaj Gierku, bo jedziesz na ruskim rowerku, rowerek ma dwa kółka, zajedziesz jak Gomułka” – tyle wyniosłem z przedszkola, taki wierszyk zapamiętałem. Gierka i Gomułki już dawno nie ma. Było już kilkanaście innych rządów po nich, łącznie z tak zwaną transformacją. Peerelowski karaluch miał zamienić się w zachodniego motyla, a nie stał się nawet ćmą, tylko paskudną żmiją, i to na własnej piersi wyhodowaną. Próżno liczyć na uśmiech od tych ludzi z polityki i tych jeszcze jednych, z tej nadzwyczajnej kasty. Próżno liczyć na to, że żmiję da się oswoić. No nie da się niestety. Zawsze będzie syczeć i będzie obślizgła i ugryzie znienacka i jadem zatruje.

A premier Nowej Zelandii chodzi w krótkich spodenkach, szeroko uśmiechając się do swojego ludu. „Ludzki Pan” po prostu…

6 odpowiedzi do “Aziewicz Tadeusz. Poseł nieustający…”

  1. Tomku będziesz miał we mnie wierną czytelniczkę!
    Co do tekstu. Pewne zachowania to po pierwsze kwestia wychowania. Nasz Prezydent ( SLD) kłania się zza kierownicy, zatrzymując się przed przejściem i puszczając pieszych. Reszta to buta i brak szacunku bardzo płytkich ludzi, którzy nigdy nie powinni pełnić pewnych funkcji. Mam nadzieję, że Gdynia pokaże takim, gdzie są drzwi.

    1. Aniu dziękuję za miłe słowa. Wszechobecna buta pośród polityków świadczy o naszych elitach bardzo źle. Wasz Prezydent to jakiś wyjątek w morzu arogancji i pychy. Najgorsze w tym wszystkim, to coraz większa agresja oraz brak dialogu w parze. Z jednej strony, jesteśmy pilnowani bardzo skrupulatnie, a z drugiej strony, komuś udało się wyjątkowo dobrze, doprowadzić do sytuacji braku porozumienia w czymkolwiek. Oby za parę lat nie spotkała nas wszystkich jakaś kolejna narodowa udręka. Czego Tobie Aniu, ale i też sobie życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *